Lecznicza moc śliwy z Sechnej

May 2nd, 2007

Sechna od lat słynie z suszenia owoców. Dlatego producenci suszu postarali się, żeby był to produkt, z którego wieś zasłynie. Dzięki wójcinie Laskowej Stanisławie Niebylskiej, powstało Stowarzyszenie Producentów Owoców i Warzyw, w skład którego wchodzą producenci z czterech gmin: Iwkowej, Łososiny Dolnej, Żegociny i Laskowej. Suska sechlońska stała się produktem regionalnym.
Idą jak ciepłe bułeczki
Producenci suszu nie martwią się o zbyt. – Nasze śliwy sprzedajemy przede wszystkim na giełdach i do hurtowni – mówi prezes stowarzyszenia Kazimierz Joniec. – Robimy wszystko co w naszej mocy, żeby podbić nie tylko rynek krajowy, ale i europejski. – Dlatego tak bardzo zależało nam na zakwalifikowaniu do grona produktów regionalnych – mówi Piotr Waligóra.
Lecznicza moc śliwy
Suska sechlońska ma też w sobie leczniczą moc.
– Jest dobra na nadciśnienie, choroby żołądka, udary, choroby dróg oddechowych – wylicza zalety suszu Kazimierz Joniec. – Dawniej ludzie byli zdrowi, bo jadło się to, co było w domu. Często były to przede wszystkim suszone owoce, ich w gospodarstwie nigdy nie brakowało.
Równie dobra jest tradycyjna pamuła z suszu, którą w Sechnej potrafi przyrządzić każda gospodyni. – Świeże lub suszone owoce trzeba rozgnieść i podgotować, potem zaprawić mąką i solą i pamuła gotowa – zachwala Stanisław Kocoń, producent z Łososiny Dolnej.
Suszenie bez zmian
– Sposób, jakim nasi przodkowie suszyli owoce, zachował się do dzisiaj i praktycznie w tym procesie nic się nie zmieniło – mówi Michał Bednarek, jeden z najstarszych mieszkańców Sechnej. Śliwy rozkładane są na drewnianych laskach w suszarniach, których forma także zachowała się bez zmian aż do dzisiaj.
– Owoce suszymy nie tylko dymem, ale także suchym powietrzem. Dzięki temu suska sechlońska smakuje jak żadna inna – dodaje Waligóra.
(sygo, maj)

Autor artykułu:

Święcone za furtą

April 7th, 2007

W zakonie żyje się zupełnie innym rytmem. Kiedyś do modlitwy wstawało się o drugiej w nocy – mówi Eugeniusz Włodarczyk, opat klasztoru cystersów w Szczyrzycu. – Wszystko się zmieniło po Soborze Watykańskim II. Trzeba było po części dostosować rytm życia zakonnego do rytmu życia ludzi za furtą. Trudno wołać ludzi o drugiej w nocy, by się z nami modlili, więc te poranne modlitwy rozpoczynają się pierwszą mszą świętą kwadrans po godzinie szóstej.
– W niedzielę na łacińskie nabożeństwo przychodzi bardzo dużo ludzi. Może przyciąga ich urok czegoś tajemniczego? – zastanawia się opat.
Jak wyglądają święta Wielkiej Nocy z szczyrzyckim klasztorze ojców cystersów? – Jesteśmy co prawda w ściśle męskim gronie, ale niektórzy z nas mają szczególne poczucie estetyzmu – wyjawia opat. – Stół wielkanocny jest więc strojny, choć jednocześnie skromny. Są bazie, żonkile, a że mamy wiosnę – to znajdzie się też zawsze coś zielonego. Jest baranek, taki cukrowy, współczesny. Jest też ustawiony mały paschał. No i oczywiście krzyż ze stułą.
Pisanki też są. Głównie te, które ludzie przynoszą w sobotę, jak idą do święcenia. Dzieci robią je specjalnie, żeby przynieść do klasztoru.
– A nasze, klasztorne, są tradycyjne, gotowane w farbie, w łupinach cebuli – mówi opat.
Później stroik jest przeniesiony do pomieszczenia opata – dawniej twierdzy niedostępnej dla zwykłych mnichów.
Teraz ojcowie i bracia mają tam miejsce świątecznych spotkań przy herbacie albo kawie. Jest tam nawet elektryczny ekspres do parzenia tej ostatniej.
W Wielką Sobotę mnisi ze szczyrzyckiego opactwa cystersów święcą pokarmy dla wiernych i są tym zajęci w kościele. Cały dzień poszczą. W klasztorze za furtą uroczyste święcenie pokarmów odbywa się dopiero rano w Wielką Niedzielę. To, co w sobotę ludzie mają w koszyczku wielkanocnym, u cystersów ułożone jest na stole. Dla zakonników mających święcenia kapłańskie i braci, którzy są członkami wspólnoty lecz nie odprawiają mszy świętych, najważniejsze jest jednak duchowe przeżywanie Zmartwychwstania. W Szczyrzycu jest tak nieprzerwanie od 773 lat.
Chwalić Boga modlitwą i pracą
Pod koniec XI wieku święty Robert uznał, że benedyktyni zbyt luźno traktują Regułę Świętego Benedykta, więc z kilkunastoma współbraćmi zakonnymi opuścił klasztor w Molese. Chcąc wieść życie niemal pustelnicze, założył nowy klasztor w Citeaux. Ponieważ nazwa ta pochodzi od łacińskiej Cisterium, tamtejszych zakonników z czasem zaczęto nazywać cystersami. 21 marca 1098 r. uznano za datę powstania fundacji nowego klasztoru i początek zakonu cystersów.
– Święty Benedykt pojmował życie mnisze jako pewien rodzaj „wojska”, gdzie wszystko jest ustawione według regulaminu dnia – tłumaczy kustosz Muzeum Okręgowego w Nowym Sączu Marek Wcześny, znawca historii szczyrzyckiego opactwa i przyjaciel obecnego opata Eugeniusza Włodarczyka. – W regulaminie mnicha miała się zmieścić uświęcona siedmiokrotna „Chwalba Boża”, gdyż symboliczna liczba siedem wywodzi się z Pisma Świętego i zaczyna słowami Psalmu 118: „siedmiokroć na dzień wysławiam Cię z powodu wyroków Twych sprawiedliwych Panie… ”, a także „oczy moje się budzą przed nocnymi strażami, by rozważać Twą mowę”. Św. Benedykt w swojej regule mocno zaznaczył, że ponad „Dzieło Boże” nie można stawiać niczego wyżej. Pierwsi cystersi swój dzień układali w ten sposób, że między modlitwą i pracą miała być doskonała równowaga. Czas między godzinami kanonicznymi (modlitwy) miał być wypełniony pracą i nosił nazwę „Lecitio divina”. Godziny przeznaczone na modlitwy też miały swoje nazwy. Ten styl monastycznego życia zburzył dopiero Sobór Watykański II.
Za furtą i wśród wiernych
– Właściwie przeżywanie Świąt Wielkanocnych zaczyna się już z chwilą nastania Wielkiego Postu, bo jako zakonnicy, cystersi mają się do tego przygotowywać przede wszystkim duchowo – tłumaczy szczyrzycki opat. – To jest takie wzmożone czuwanie związane ze skupieniem, milczeniem, powagą, z modlitwami, których jest więcej w poście niż w ciągu normalnego dnia liturgicznego. Zwykle modły są siedmiokrotnie. Poranne, przed mszą świętą, godziny kanoniczne przed posiłkiem południowym i po nim, nieszpory o godzinie 18, potem wspólna wigilia za kwadrans siódma wieczorem. W Wielki Post mamy jeszcze wspólną Drogę Krzyżową i wspólny różaniec. Mamy też wspólne dni skupienia.
– Droga Krzyżowa w klasztorze niczym nie różni się od tej, w której uczestniczą wierni – tłumaczy zakonnik. – Spotykamy się w kościele i jesteśmy sami. Rozważania przygotowują klerycy, albo nowicjusze. Jak ich nie ma, to ten z nas, który w danym dniu prowadzi modlitwę. Jest oczywiście możliwość, żeby ludzie świeccy przychodzili i przyłączali się do nas.
– Podczas czterdziestu dni Wielkiego Postu, jedzenie nie różni się od tego podawanego w inne dni roku – tłumaczy mnich. – Ilościowo jest go mniej. Żywimy się głównie tym, co sami wyhodujemy. Na śniadania mamy nasze masło i mleko. W ciągu tygodnia, wędliny mniej wartościowe naszego wyrobu: salceson, kaszanka, pasztet. Wieczorem zazwyczaj jest ciepła kolacja, ale jednodaniowa, bez jakichś tam wyszukanych potraw. Albo to jest fasolka po bretońsku, albo zrobiona u nas kiełbasa gotowana. W piątki – zazwyczaj ziemniaki ze zsiadłym mlekiem. Jedzenie jest proste nie dla pokazywania skromności, ale by wykorzystać wszystko, co nam się uda zyskać z własnego klasztornego gospodarstwa. Ono jest bardzo nowoczesne, ale cystersi zawsze propagowali agrokulturę.
Świąteczne symbole, ornamenty i prawdziwa wiara
– Staramy się przygotowywać do Świąt Wielkanocnych parafian – opowiada opat Eugeniusz Włodarczyk. – Żeby znali, wiedzieli, czuli – nie tylko sam fakt świąt, spotkania przy rodzinnym stole, bo ono jest ważne, lecz nie najważniejsze. Chodzi o to, by przeżyli sens świąt od strony duchowej, liturgicznej. Temu służą przygotowania poprzez Triduum Paschalne. Zachęcamy ludzi, żeby Wielki Tydzień był czasem refleksji. Od wielu lat Szczyrzyc jest wtedy jakby wymarły, taki senny i cichy. Spotykamy się wieczorem na liturgii. Na te modlitwy przychodzi coraz więcej ludzi. Każdy obrzęd jest tłumaczony, by ludzie zrozumieli, po co ksiądz to robi: po co zapala się ognisko w Wielką Sobotę; po co jest długi śpiew przed poświęceniem wody. Ludzie powinni to wszystko wiedzieć, czuć i przeżywać. Wtedy sama Wielka Niedziela jest zwieńczeniem całego tygodnia – radością, że Jezus zmartwychwstał, że nastała wiosna, że budzi się życie. Żeby pamiętali, że tę radość poprzedzały trzy dni – jakże trudne dla Chrystusa. Staramy się z tym przesłaniem być z ludźmi. Przecież reszta jest otoczką, ornamentem, tak samo jak wielkanocny stół, lepiej czy gorzej zastawiony,.
Dla mieszkańców Szczyrzyca, Wielkanoc to przede wszystkim rezurekcja. Mówią, że jak ktoś nie przyjdzie na rezurekcję to tak, jakby coś urwał z tych świąt. Najstarsi ludzie wspominają, że dawno temu rezurekcja w klasztorze odbywała się o godzinie 23. W Wielką Sobotę uroczystości kończyły się nocną rezurekcją. Triduum Paschalne zahaczało o niedzielę Zmartwychwstania Pańskiego. Od ubiegłego roku rezurekcja dla wiernych znowu jest w sobotę wieczorem. W tym roku z pięknie odnowionym głównym ołtarzem, w którym znajduje się cudowny obraz Matki Boskiej Szczyrzyckiej, z koronami, które w 1983 r. na Jasnej Górze poświęcił Jan Paweł II.
– W Wielką Niedzielę rano mamy naszą uroczystą mszę świętą – mówi opat. – Po niej wszyscy się spotykamy i uroczyście święcimy pokarmy. Składamy też sobie życzenia.
Świąteczny stół
– W refektarzu na święta stawiamy figurę Chrystusa Zmartwychwstałego, tego, którego od wieków szczyrzyccy mnisi obnoszą w procesjach – wyjaśnia zakonnik. – Ta familijna atmosfera nastaje jednak dopiero po południu. Wcześniej, zakonnicy, jak wszyscy księża, mają zajęcia w kościele.
stanisław śmierciak

Autor artykułu:

Maria Emanuel na króla?

April 7th, 2007

Sądeckim monarchistom przyszedł niedawno z odsieczą Janusz Korwin–Mikke. Ulubieniec części narodu wygłosił w Wyższej Szkole Biznesu – National Louis University wykład na temat wyższości monarchii nad republiką, pastwiąc się niemiłosiernie nad demokracją.
Na koniec, gospodarz spotkania, Adam Orzechowski, który zasłynął z odtworzenia insygniów koronacyjnych królów Polski, podsunął gościowi do podpisu akt Konfederacji Spiskiej.
Jej jedynym celem jest restytucja monarchii w Polsce i oddanie tronu domowi saskiemu w osobie Marii Emanuela (rocznik 1927), księcia Saksonii i margrabiego Miśni, dożywającemu swoich lat w Dreźnie. Janusz Krowin–Mikke bez wahania złożył zamaszysty podpis. Publiczności klaskała. To był milowy krok w kierunku spełnienia marzeń sądeckich rojalistów.
Klaskali poważni skądinąd ludzie – sen to, czy jawa?
Monarchiści z gminu
Adama Orzechowskiego, marszałka Konfederacji Spiskiej, zastaliśmy w miniony czwartek w jego królestwie, czyli przepysznym antykwariacie na rogu Jagiellońskiej i Rynku w Nowym Sączu. Malowidła, porcelana, srebro – gdzie monarchista czułby się lepiej, niż w otoczeniu antyków.
– Pan z tym królem oczywiście żartuje? Na wariata Pan nie wygląda? – zagaduję.
– Czy my jesteśmy głupszym narodem niż Szwedzi, Norwegowie, Duńczycy, Anglicy i Holendrzy? – odpowiada pytaniem gospodarz, dodając, że 10 krajów najlepiej rządzonych w Europie, to właśnie są monarchie.
– Dlaczego my mamy mieć gorzej niż inni? – znów pyta Orzechowski i
mówi, że Polacy tęsknią za królem, który zjednoczy skłócony naród.
Co w takim razie w Konfederacji Spiskiej robią ludzie z gminu? – pytam. Bo rozumiem, że w żyłach Piotra Lachowicza płynie błękitna krew szlachty nowogródzkiej, Mirosław Zawisza z Zakopanego i Jerzy Stadnicki ze Szczawnicy są poza podejrzeniami, ale już nazwisko takiego Mariana Cyconia wybranego na starostę sądeckiego w strukturze Konfederacji, jest, co tu ukrywać, pospolite. Pan Marian to człowiek poczciwy ze wszech miar, ale w Barcicach sporo osób tak się nazywa.
Pan Adam uśmiechnął się dobrotliwie.
– I właśnie takie podchodzenie do sprawy to duży błąd – mówi. – Odrzucamy wszelkie tytuły, nie liczy się pochodzenie społeczne. Monarchista to jest po pierwsze człowiek honoru, liczy się szlachectwo ducha, a nie urodzenia.
Antykwariusz cytuje dewizę Konfederacji Spiskiej: „Wolni wśród wolnych, równi wśród równych”.
Skąd w Nowym Sączy wziął się taki oryginał?
Kto to jest Adam Orzechowski? Z jego powodu o Sączu jest obecnie w Polsce równie głośno, jak z powodu Miasteczka Multimedialnego Krzysztofa Pawłowskiego.
– Mama jest spod Warszawy, tata spod Tarnopola, a ja urodziłem się na Śląsku – mówi krótko.
Rodzice poznali się w spalonej Warszawie.
– Dziadkowie ze strony ojca chyba mieli jakiś majątek na Kresach, a mama, która posiadała z niemiecka brzmiące nazwisko, na barykadach Powstania Warszawskiego nabyła prawo do polskiego szlachectwa. Szlachtą są bowiem ci, którzy z bronią w ręku są gotowi bronić Rzeczpospolitej – mówi twardo pan Adam.
Urodził się w Kamiennej Górze. Po śmierci ojca przenieśli się do Nowego Sącza, gdzie już osiedli dziadkowie zza Buga. Nad Dunajcem przyszły marszałek Konfederacji Spiskiej pobierał pierwsze nauki w Szkole Podstawowej im. Jana Kochanowskiego, a egzamin maturalny złożył w II Liceum Ogólnokształcącym im. Marii Konopnickiej. Dalej były studia w Krakowie. Wybrał historię na Uniwersytecie Jagiellońskim, ale dotarł tylko do III roku.
Orzechowski twierdzi, że nie dopuszczono go do sesji egzaminacyjnej, choć brakowało mu tylko jednego zaliczenia – z przyczyn politycznych.
Dopiero gdy powstała „Solidarność”, dostał pismo z uczelni, że może wrócić na studia.
– Zawsze byłem niepokorny – tłumaczy. – W liceum, jak mnie zapytano, kto stoi na czele państwa polskiego powiedziałem, że prezydent Raczyński.
Pewex na Kościelnej
Następne przystanki życiowe naszego monarchisty, to szefowanie Peweksowi przy ul. Kościelnej (obecnie ul. kard. Wyszyńskiego), kierownicze posady w mleczarni, w końcu taksówka.
– W Peweksie pracowała elita Polski Ludowej, tam byle kogo nie brali – zauważyłem, ale pan Adam nie dał się sprowokować. Gdy historia przełamała się w 1989 r., założył pierwszy w Nowym Sączu sklep z antykami. Nie handluje żelazkami z duszą, czy innymi rupieciami. Kiedy dostrzegłem Kossaka na ścianie machnął ręką z lekceważeniem: „Co tam Kossak, nad panem wisi Chełmoński”.
Porcelana, na którą patrzę, to „wszystko Miśnia”, a srebrne sztućce nie pochodzą z przemytu z ZSRR. Słowem – żeby coś kupić u Orzechowskiego trzeba mieć gruby portfel. Jego klienci pochodzą z całego kraju, rynek sądecki jest za mały.
– Tu są cymesiki – cmoka gospodarz, który zaczął zbierać stare monety będąc w podstawówce. Ale najbardziej „kocha się w srebrze”.
Kiedy stał się monarchistą?
– Historią Polski interesuję się całe życie, a idee monarchiczne to owoc przemyśleń starszego pana, jak najlepiej rządzić krajem – wyjaśnia. – Władza powinna pamiętać, że jest służebna wobec narodu, a król zawsze jest tam, gdzie naród – dodaje.
Orzechowski uważa, że ustrój republikański w Polsce jest „zgrany do zera”. Co z tego, że prezydent Kaczyński chce dobrze, kiedy brakuje mu królewskiego majestatu?
Król z internetu
– Skąd pan wziął tego Marię Emanuela? – dociekam.
– Przez 200 lat polscy monarchiści kłócili się, komu oddać koronę, a nikt nie zajrzał do Konstytucji 3 Maja, którą wszyscy mamy za cudo. Tam w artykule siódmym nasi przodkowie za następcę tronu uznali Fryderyka Augusta, elektora Saksonii i jego następców – tłumaczy.
Dalej sprawa była prosta, należało ustalić żyjącego seniora rodu Wettinów, a do tego wystarczył internet.
Do rezydującego w Dreźnie księcia, konfederaci wysłali czołobitny list, ofiarowując mu polską koronę. Ponoć książe nie powiedział „nie”, ale odpowiedzi ze stolicy Saksoni Orzechowski nie pokazał.
Gdy wyraziłem nieśmiało uwagę, że na przykład sądeczanie prędzej zaakceptują na tronie polskim Sasa Kazimierza, niż Sasa z Drezna, pan Adam się zdenerwował.
– Utarło się, że panowanie Sasów to było nieszczęście dla Rzeczpospolitej – mówi wzburzony. – Współcześni tak tego nie odbierali, to był czas pokoju, spokoju i dobrobytu dla szlachty…
Adam Orzechowski wie, że czeka go długi marsz. Najpierw monarchiści muszą zdobyć przyczółek w parlamencie, żeby zyskać trybunę do upowszechniania swych idei. Zmiana świadomości Polaków musi potrwać, ale 57–letni Adam Orzechowski nie wątpi, że za swego życia doczeka się referendum, w którym naród opowie się za monarchią.
Po mojej uwadze, że głos Adama Orzechowskiego z Nowego Sącza ma taką samą siłę, jak głos wyborcy Andrzeja Leppera spod Koszalina, gospodarz nie miał miny pokonanego.
– Badania – mówi – jednego z uniwersytetów wykazały największe poparcie dla monarchii w Lubuskiem, a jedno z mniejszych w Krakowie – mówi.
– Pewnie mieszkańcy Lubuskiego mają większe poczucie humoru od Lajkoników – odparowałem.
– Pan stara się wszystko obrócić w żart, ale jest bardziej niż pewne, że Polska wcześniej czy później monarchią będzie ponownie – oświadczył z godnością gospodarz, który, jak sam mówi, w 1971 r. przewidział upadek imperium sowieckiego, a wszyscy pukali się po głowie.
henryk szewczyk

Autor artykułu:

Być jak On

April 5th, 2007

Pierwszy spektakl Męki Pańskiej odbył się na spotkaniu młodzieży tymbarskiego dekanatu i rekolekcji Zespołu Szkół im. Komisji Edukacji Narodowej w Tymbarku i okazał się wielkim sukcesem.
Współczesne pojmanie
– Aby przybliżyć młodzieży to wydarzenie, postanowiliśmy przedstawić je w nieco inny sposób, który naszym zdaniem był lepszy. I nie myliliśmy się – mówi ksiądz Edward Kobos z parafii Tymbark.
Powiązanie dwóch epok, epoki Chrystusa i współczesności, pozwoliło obecnym stać się uczestnikami sądu nad Jezusem i drogi na Kalwarię.
– W jednej ze scen, mężczyźni w garniturach i czarnych okularach pojmują Chrystusa. Mamy nadzieję, że dzięki takim zabiegom artystycznym dotrzemy do ludzi młodych, którzy potrzebują religii podanej w niekonwencjonalny sposób – dodaje ksiądz.
W przeżywaniu tych wydarzeń pomagały doskonale dobrane efekty dźwiękowe, świetlne oraz zastosowanie rekwizytów codziennego użytku.
– To na przykład lustro w rękach Weroniki, w które spoglądając doszukiwaliśmy się oblicza Jezusa – mówi ksiądz Edward.
Czas refleksji
– Uczestnictwo w tym wydarzeniu skłoniło ludzi do zatrzymania się na chwilę i do odkrycia, że nawet w pozornym chaosie i huku muzyki o mocnym brzmieniu, można znaleźć miejsce i czas na refleksję i modlitwę. Chciałem pokazać, że codzienne zabieganie i szum ulicy nie zagłuszy naszego wnętrza i człowieczeństwa – mówił ksiądz Edward.
Sztuka powstała dzięki zaangażowaniu prawie 50 młodych osób zrzeszonych w Katolickim Stowarzyszeniu Młodzieży przy parafii Tymbark i sympatyzujących z nią.
Działały pod kierownictwem Aleksandry Fitrzyk.
– Dla mnie najważniejszym było zaangażowanie ludzi młodych, ich zapał i dyscyplina w pracy. Przez to wszystko pokazali, że chcą „Być tak jak On” – odpowiedzialnie podejmując zadania – dodaje ksiądz Edward.
Inaczej niż zwykle
Księży martwi fakt, że coraz więcej młodych ludzi odchodzi od religii.
– Mówią, że nie interesuje ich kościół, ale ci młodzi ludzie udowodnili, że jednak ich to interesuje i to jak! Wystarczy ich tylko zachęcić – mówi kapłan.
Wszyscy są zgodni co do tego, że taka forma przedstawiania wydarzeń z życia Chrystusa przybliża młodych ludzi do przeżywania Męki Pańskiej.
sylwia golonka

Autor artykułu:

Dom Robotniczy pod młotek

March 22nd, 2007

Dom Robotniczy przy ul. Zygmuntowskiej w Nowym Sączu zmienia swojego właściciela. Budynek od dawna popada w ruinę, a jakikolwiek remont trzeba wykonywać pod nadzorem konserwatora budynków. Czy nowy właściciel poradzi sobie z tymi problemami?
Biznesmen – współwłaścicielem
W Księgach Wieczystych Sądu Rejonowego dokonano właśnie oficjalnego wpisu o nowym współwłaścicielu domu Robotniczego w Nowym Sączu. Został nim, obok Powszechnej Spółdzielni Spożywców Społem, Andrzej Mikulec – biznesmen z Nowego Sącza. Być może zostanie on właścicielem całej nieruchomości – wyraża bowiem zainteresowanie przejęciem części należącej do Społem. Tym samym z kolejarskiej kolebki definitywnie wyprowadzają się kolejarze.
Dwa lata trwały proceduralne zabiegi, by Federacja Związków Zawodowych Pracowników Polskich Kolei Państwowych w Warszawie dowiodła praw do nieruchomości, jako prawny spadkobierca istniejących przed wojną związków zawodowych. Taki wpis do Ksiąg Wieczystych pojawił się dopiero pod koniec ubiegłego roku. Federacja przed dwoma laty wstępnie sprzedała już część Domu Robotniczego Andrzejowi Mikulcowi, a ostatnio dokonano tylko formalności.
– Zleciłam biegłemu wycenę majątku. Musimy wiedzieć, ile dokładnie wart jest budynek i grunty wokół niego należące do naszej spółdzielni – mówi Dorota Niemiec, wiceprezes PSS Społem do spraw produkcyjnych i technicznych. – Obliguje mnie do tego uchwała Zgromadzenia Przedstawicieli Spółdzielni, w myśl której zamierzamy wystawić naszą część budynku na sprzedaż. Dowiadywałam się w Urzędzie Miasta, czy władze nie są zainteresowane prawem pierwokupu, ale usłyszałam, że nie mają na to pieniędzy.
Zabytek w ruinie
Dom Robotniczy oddany do użytku w 1908 r. został wpisany do rejestru zabytków w 1983 roku. Widnieje w rejestrze sporządzonym przez Wojewódzki Oddział Służby Ochrony Zabytków – Delegaturę w Nowym Sączu. Dlatego, nawet najdrobniejszy remont wewnątrz, czy na zewnątrz musi być prowadzony pod nadzorem konserwatorskim. Budynek popada w ruinę. PSS Społem nie byłoby finansowo w stanie ponieść kosztów ewentualnego remontu generalnego.
jerzy wideł

Autor artykułu:

Rokosz w muzeum

March 22nd, 2007

Konkurs na dyrektora Muzeum Okręgowego – zawieszony, konkurs na dyrektora Małopolskiego Ośrodka Ruchu Drogowego – unieważniony. Takie są konsekwencje przesilenia w Zarządzie Województwa Małopolskiego. Nową koalicję, rządzącą od dwóch tygodni Małopolską tworzą obecnie: PO–PSL–Wspólnota Małopolska. W odstawkę poszedł PiS i LPR.
Mamy dość!
Konkurs na dyrektora Muzeum Okręgowego odbył się 22 lutego. Startowało dwóch kandydatów: Robert Ślusarek i Zbigniew Wolanin, obaj wieloletni, doświadczeni muzealnicy. Komisja konkursowa wskazała na Roberta Ślusarka, wysłano pismo o akceptację tej kandydatury do Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego, co jest formalnością, i cisza… Nowi gospodarze Małopolski nie mogą zdecydować się na Ślusarka popieranego przez załogę. Tajemnicą poliszynela jest, że nie przepada za nim, ani świeżo upieczony wicemarszałek Małopolski Leszek Zegzda, ani Krzysztof Markiel – dyrektor departamentu kultury i dziedzictwa narodowego Urzędu Marszałkowskiego. Ślusarek przewodził rokoszowi załogi przeciw staremu dyrektorowi Wacławowi Kawiorskiemu.
Od 1 stycznia obowiązki dyrektora muzeum pełni Roman Kucia. Pracownicy mają dość.
– Stan niepewności trwa za długo. Zarząd Województwa ma w nosie dobro placówki. Dla nich liczą się tylko stołki i walka o wpływy – powiedział nam wczoraj jeden z muzealników.
Jak dowiedzieliśmy się nieoficjalnie, dzisiaj do Krakowa na spotkanie z Leszkiem Zegzdą wybiera się delegacja związkowców z muzeum. Prawdopodobnie pojedzie z nimi Robert Ślusarek. – Są problemy z zaakceptowaniem mojej osoby – przyznaje Ślusarek.
Ludowcy na czele peletonu
Jeszcze ciekawsza sytuacja zapanowała w Małopolskim Ośrodku Ruchu Drogowego w Nowym Sączu, gdzie egzaminuje się kandydatów na kierowców z południa województwa. W konkursie na dyrektora ośrodka zorganizowanym 23 lutego, do drugiej fazy przesłuchań kandydatów przeszło 7 osób. Nigdy nie podano, kto uzyskał największe uznanie w oczach komisji konkursowej – wszystko odbywało się w dniach kryzysu politycznego w zarządzie województwa i budowy nowej koalicji. Konkurs unieważniono. Kto i dlaczego podjął taką decyzję – nie wiadomo. Od listopada ub. roku, pełniącym obowiązki dyrektora MORD jest Wiesław Śledź. Jak dowiedzieliśmy się nieoficjalnie, z powodu wejścia ludowców do koalicji w Sejmiku (są języczkiem u wagi), z dnia na dzień wzrosły szanse kandydatów PSL na szefa MORD: Wiesława Kądziołki, pracownika sądeckiej delegatury Małopolskiego Urzędu Marszałkowskiego oraz Mariana Morawskiego, byłego dyrektora nawojowskiego Ośrodka Doradztwa Rolniczego. Problem w tym, że pierwszego popiera wicestarosta nowosądecki Mieczysław Kiełbasa (szef PSL na Sądecczyźnie), a drugiego – poseł Bronisław Dudka (szef PSL na Limanowszczyźnie). Inne źródła donoszą, że obsada tego stanowiska jest w gestii PO.
Leszek Zegzda był wczoraj nieuchwytny.
– Lada dzień zarząd zajmie się ośrodkiem egzaminacyjnym, podobnie jak wynikami konkursu na dyrektora muzeum – obiecywała wczoraj Marta Kijak, pełniąca obowiązki kierownika biura prasowego MUM. Usprawiedliwiała swoich szefów. – Zmienił się zarząd, wszystko musiało się przesunąć w czasie – mówiła.
(hsz)

Autor artykułu:

Mamy problemy z pijakami

March 21st, 2007

W Starym Sączu zapowiada się gigantyczna kłótnia. Na najbliższej sesji, niektórzy radni chcą zmienić dotychczasowe zasady dotyczące sprzedaży alkoholu. Mają być bardziej liberalne. Czy w mieście zwanym przez niektórych świętym potrzeba kolejnych punktów sprzedaży alkoholu?
Apel o wstrzemięźliwość
Kiedy starosądeccy rajcy otrzymali zaproszenie na kolejną sesję Rady Miejskiej – nie kryli zdziwienia. Przewodniczący rady Marian Lis wprowadził pod dyskusję zmiany w miejscowym prawie dotyczącym liczby punktów sprzedaży alkoholu i ich odległości od miejsc kultu religijnego oraz placówek oświatowych.
Tymczasem, ksiądz prałat Alfred Kurek z kościoła św. Elżbiety w Starym Sączu od lat grzmi na kazaniach apelując do amatorów alkoholu o wstrzemięźliwość. Przeciwnicy kolejnych sklepów z alkoholem przywołują bliskość klasztoru klarysek i relikwii św. Kingi oraz kaplicy papieskiej na błoniach.
Zwolennicy twierdzą, że po przebudowie średniowiecznego rynku, miasto stało się największą atrakcją turystyczną Sądecczyzny, gości coraz więcej turystów i pielgrzymów. Właściciele obecnych i przyszłych wyszynków zwietrzyli więc niezły interes. Zwłaszcza, że w tym roku gości będzie jeszcze więcej z okazji obchodów 750-lecia miasta.
Jak się dowiedzieliśmy, obecnie w Starym Sączu jest 20 punktów sprzedaży wódki i win, oferujących napoje wyskokowe o zawartości powyżej 4,5 proc. alkoholu. Liczba tych punktów miałaby teraz wzrosnąć do 30.
Za i przeciw
– Przed sesją, musimy ten temat omówić na naszej komisji – mówi Antoni Iwulski, radny, przewodniczący komisji statutowej. – Wyrazimy swoją opinię, a reszta radnych zadecyduje w głosowaniu, czy zmienić istniejące przepisy. Musimy rozważyć wszystkie argumenty za i przeciw.
Jacek Jawczak, radny z Przysietnicy ostrożnie waży słowa, bo problem dotyka w głównej mierze samego miasta i jego mieszkańców. Ale mogą na tym stracić właściciele sklepów również w gminie.
– Jestem wykonawcą woli radnych. To od nich zależy czy zmienią miejscowe prawo. Jak zadecydują – tak będzie – twierdzi burmistrz Starego Sącza Marian Cycoń. – Ale z pijakami mamy coraz więcej problemów. Ostatnie tragiczne bójki i ekscesy nietrzeźwych młodzieńców w mieście są tego najlepszym przykładem.
jerzy wideł

Autor artykułu:

Lista Szkaradka

March 9th, 2007

Przywódca sądeckiej „S” od ponad roku zapowiadał ujawnienie najsmakowitszych kęsków ze swoich papierów przechowywanych w archiwum IPN, które miały wywołać trzęsienie ziemi w Nowym Sączu. Zrobił to wczoraj na łamach Dziennika Polskiego. Przekładany z miesiąca na miesiąc materiał oprócz opisu gehenny, którą przeszedł Szkaradek i jego rodzina w stanie wojennym i w następnych latach, zawiera 50 odtajnionych przez IPN nazwisk TW oraz kilkadziesiąt nazwisk funkcjonariuszy SB. Trzęsienia ziemi nie będzie, co najwyżej małe tąpnięcia w kręgu rodzinnym, sąsiedzkim, czy zakładowym, bo do tej kategorii należy zaliczyć ludzi, którzy najaktywniej donosili, często za pieniądze, na Szkaradka.
Zapewne ze względów objętościowych (wyznania Szkaradka liczą dwie kolumny) autor nie starał się zweryfikować swoich rewelacji. Ludziom, figurującym w aktach SB, jako szpicle i delatorzy, Szkaradek, nie dał tej szansy, którą dał TW w sutannie, ks. Tadeusz Isakowicz–Zaleski, wysyłając do nich listy, a potem publikując odpowiedzi w swojej głośnej książce „Księża wobec bezpieki”
Wyskiel i Budnik
Wśród zdemaskowanych działaczy związkowych, ważnych dla sądeckiej „S„, jest przede wszystkim Jerzy Wyskiel, TW ”Roman„ i Jan Budnik TW „Jędrek”, których nazwiska już wcześniej wypłynęły w papierach Władysława Ryby, działacza krynieckiej ”S„. Wyskiel zorganizował we wrześniu 1980 r. pierwszy w Nowym Sączu strajk kierowców WPK, brał udział w strajku okupacyjnym w ratuszu i do niedawna uchodził za ikonę „S”. Budnik reprezentował stronę społeczną w negocjacjach z delegacją rządową wiosną 1981 r., a w wolnej Polsce przez dwie kadencje wójtował Korzennej. Materiał Szkaradka zilustrowano wielokrotnie reprodukowanym zdjęciem z jesieni 1980 r. na którym Wyskiel i Budnik niosą Lecha Wałęsę na ramionach wśród wiwatującego tłumu na rynku w Krakowie. Tak Wyskiel, jak i Budnik zdecydowanie zaprzeczyli swoim związkom z SB, gdy tylko pojawiły się pierwsze oskarżenia pod ich adresem. Tak samo w papierach Ryby i innych działaczy małopolskiej „S” pojawił się już Leszek Broda, bardzo pracowity i sowicie opłacany TW „Tolo” z KZ „S” w Nowomagu. Również Ryba zdążył przed Szkaradkiem zdemaskować TW „Jacka”, czyli Jacka Zarembę, do niedawna dziennikarza prasy lokalnej. Już ponad 2 lata temu zostało odkryte podwójne życie legendy gorlickiej „S” inż. Bronisława Wielgosza, TW „Bronisław”, który do dzisiaj patronuje jednej z ulic miasta nad Ropą.
Niewątpliwie zaskoczeniem jest obecność na liście Szkaradka Antoniego Ogórka TW „Brunet” i „Czarny”, głównego kadrowca najpierw ZNTK, a obecnie Newagu SA. Osobą publiczną jest ciągle Zbigniew Kutyba, TW „Gama”, b. dyrektor wydziału zdrowia Urzędu Wojewódzkiego i szpitala w Nowym Sączu, a ostatnio szef Sanepidu na Mazowszu. Prezesem sądeckiego KiK–u, i nadal jego aktywnym członkiem, jest Antoni Hobler, TW „Antoni„, rzemieślnik, właściciel cegielni w Mystkowie, budowniczy słynnego, niezamieszkałego do dzisiaj bloku–widmo na Górkach Zawadzkich. Nie potwierdziły się na szczęście pogłoski, że Szkaradek ujawni jako agentów znanych i zasłużonych dla Sącza księży. Owszem, wymienia trzech duchownych, ale z niższej „półki”. Obecność ks. Władysława Cebuli, TW „Olimp” specjalnie nie dziwi, gdyż w latach 80. luźno był związany z Kościołem, imając się świeckich zajęć. Proboszcz Zawady ks. Janie Zielińskim, TW „Zet”, z powodu słabości do kart nie cieszył się autorytetem wśród parafian, zaskakuje nazwisko jezuity o. Józefa Cwenara, TW „Marian”, zasłużonego katechety, którego piękny pogrzeb w parafii Ducha Świętego pamiętam. Cebula i Zieliński też już nie żyją.
Pozostałe nazwiska niewiele mówią szerszej publiczności za wyjątkiem starszych pracowników ZNTK, Nowomagu i Sądeckich Zakładów Elektrod Węglowych, dzisiaj Polgraph SA. Słabością listy Szkaradka jest brak przy nazwiskach daty urodzenia, bo niektóre są popularne i wiele osób może się poczuć nieswojo.
Poczekajmy na wystawę
Wśród kilkudziesięciu nazwisk funkcjonariuszy SB, rozpracowujących Andrzeja Szkaradka, większość pojawiła się już w aktach Władysława Ryby i przez kilka miesięcy nie schodziły z tablicy ogłoszeń krynickiej „S”. Są więc szefowie, jak osławiony ppłk. Bogdan Kasprzak i płk. Józef Schiller, i płotki w rodzaju chor. Marka Sadlisza (trenera piłkarzy „Grodu” Podegrodzie„) i por. Tadusza Pawlusa, naczelnik sekcji prewencji i ruchu drogowego w limanowskiej komendzie powiatowej. Niebawem w Nowym Sączu zagości wystawa IPN „Twarze bezpieki”, na której będzie można obejrzeć cała galerię zdjęć smutnych panów z Nowego Sącza
Najduch i Kałamarz na doczepkę
Niestety, Szkaradek nie znalazł w IPN rozwiązania zagadki śmierci w lutym 1986 r. swojego przyjaciela Zbigniewa Szkarłata, choć ustalił nazwiska esbeków, którzy najpewniej zacierali ślady tej ponurej zbrodni. Zupełnie za to nie wiadomo dlaczego autor zdecydował się podać nazwiska dwóch bliskich sobie działaczy „S”, których podejrzewał o zdradę, tropiąc najgroźniejszego konfidenta, którym się okazał niejaki „Mocny”. Docenić należy szczerość pana Andrzeja, ale to już szczerość posunięta do ekshibicjonizmu, na co Henryk Najduch i Piotr Kałamarz z pewnością nie zasłużyli.
Miasto studiuje
Wczoraj lista Andrzeja Szkaradka była tematem numer 1 sądeckich rozmów.
–Koleżanka do mnie zadzwoniła przed ósmą rano i zaraz zbiegłam do kiosku – mówi radna Zofia Pieczkowska, która zapisała ładną kartę w historii sądeckiej „S”. Pani Zofia ze zgrozą odkryła nazwisko Antoniego Hoblera jako TW, bo mjr. Andrzejem Chmielowskim nie była zaskoczona. – Chodziłam z Antkiem i Andrzejem do jednej klasy w pierwszym ogólniaku – wspomina. Potem ich drogi rozeszły się. Zosia została projektantem dróg, Antek wziął się za rzemiosło, a Andrzej poszedł do SB. – Pamiętam, jak raz Antek mi mówił: „Zosiu, jak masz kłopoty z paszportem, to idź do Andrzeja, pomógł mi”. Pieczkowska odparła wtedy Hoblerowi, że Chmielowski może ją pocałować w nos.
–Pan Bóg mnie ustrzegł, że nie poszłam do kolegi szkolnego po ten paszport, bo pewne dzisiaj bym figurowała na liście TW – wzdycha była wiceprezydent Nowego Sącza. Pieczkowska mówi, że nigdy nie uwierzy, że agentem był Jerzy Wyskiel, za innych nie ręczy głową.
henryk szewczyk

Autor artykułu:

Platforma nas oszukała!

March 9th, 2007

Z posłem PiS Arkadiuszem Mularczykiem rozmawiamy o powodach i skutkach zmian w zarządzie województwa.
∑ Od czwartku to nie PiS, ale Marek Nawara, PO i PSL tworzą Zarząd Województwa Małopolskiego. Co tak naprawdę wydarzyło się w Krakowie?
– Partie polityczne, które całkiem niedawno podpisały porozumienie o współpracy z PiS, nie wywiązały się z tego zobowiązania. To niedobra sytuacja, która pokazuje, że nie można ufać liderom Platformy Obywatelskiej.
∑ Jest Pan zaskoczony rozwojem wydarzeń?
– Niewątpliwie, to co się stało w sejmiku jest fragmentem szerszej całości. Jakiś czas temu poseł Andrzej Czerwiński zgłosił się do nas z propozycją stworzenia koalicji. Uznałem, że jest to ciekawa propozycja, skontaktowałem posła Czerwińskiego z liderami naszego ugrupowania. Można powiedzieć, że doszło do pewnego porozumienia w Warszawie. Na szczeblu władz partyjnych uzgodniono chęć zawiązania koalicji w regionie. Po tych ustnych wymianach zdań doszło do podpisania umowy koalicyjnej pomiędzy PiS, PO, PSL i LPR. Uzgodniono wówczas, że PO uzyska stanowisko wicemarszałka w zarządzie województwa. Nie mieliśmy powodu, żeby przypuszczać, że ta umowa nie zostanie dotrzymany. Nie rozmawialiśmy na poziomie gminy Kozia Wólka, rozmowy toczyły się na poziomie szefów najważniejszych ugrupowań politycznych.
∑ Owszem, ale pomiędzy tymi ugrupowaniami trwa polityczna walka i obie strony starają się wzmacniać swoją pozycję osłabiając przy tym przeciwnika…
– Tu rodzi się pytanie, czy akceptujemy taką sytuację w biznesie, w życiu, gdy ktoś, kto jest umocowany do rozmów nie wywiązuje się z umów? Uznaliśmy, że skoro siadamy do rozmów z Grzegorzem Schetyną i Donaldem Tuskiem, to te osoby gwarantują, że członkowie ich partii wywiążą się z podjętych zobowiązań. Chyba, że była to celowa gra, ale to świadczy o tym, że tak naprawdę nigdy już nie będzie zaufania pomiędzy liderami tych ugrupowań.
∑ Trudno przyznać, by w ostatnich miesiącach PO i PiS łączyło jakieś szczególne wzajemne zaufanie…
– Proszę pamiętać, że wiele osób zarzuca Prawu i Sprawiedliwości, że związało się z ugrupowaniem Andrzeja Leppera i stworzyło z nim koalicję. Na tym przykładzie wszyscy możemy ocenić, że o ile Andrzej Lepper jest w koalicji rządzącej podmiotem raz po raz sprawiającym problemy, to jednak w przypadku PO mamy do czynienia z graczami, których posunięć nie sposób przewidzieć.
∑ Kto w takim razie dał się ograć?
– Postawił pan moim zdaniem źle sformułowane pytanie.
∑ Ale to pan użył słowa „gracze”.
– Nie chodzi o to kto dał się ograć, tylko kto kogo oszukał. Tak trzeba postawić to pytanie. Niewątpliwie Andrzej Czerwiński i PO oszukali PiS. Oszukali sądeczan, oszukali Małopolan. Bardzo wiele osób liczyło na koalicję PiS i PO. Myśmy wyciągnęli rękę i ta ręka została odtrącona przez Andrzeja Czerwińskiego, który moim zdaniem był jednym z autorów tej gry politycznej.
∑ Przed chwilą wspominał Pan o ofercie ze strony PO, a teraz mówi Pan o ręce wyciągniętej przez PiS. Z czyjej strony tak naprawdę pojawiła się inicjatywa i jaką rolę w tych wydarzeniach odegrali poseł Arkadiusz Mularczyk i były już wicemarszałek Andrzej Romanek?
– Konstruktorami tych wydarzeń nie był ani poseł Mularczyk, ani poseł Czerwiński. My znamy swoją rolę w partiach politycznych, nie jesteśmy liderami tych partii, realizowaliśmy jedynie decyzje, które zapadły na najwyższych szczeblach. PiS wywiązał się ze zobowiązań, podpisaliśmy umowę. Zostaliśmy jednak w pewien sposób oszukani. PO, kiedy Marek Nawara z trzema radnymi wystąpił z PiS, nagle uznała, że mamy nową sytuację polityczną.
∑ Czy PiS oczekiwał, że Marek Nawara wiedząc o planach swojego odwołania i to przez – wydawałoby się – własne zaplecze, pokornie pogodzi się z takim rozstrzygnięciem?
– Nasz system polityczny powinien znormalnieć. Jeśli ktoś startuje z konkretnego ugrupowania politycznego, powinien czuć się zobowiązany do tego, żeby w pewien sposób podporządkować się temu ugrupowaniu. Marek Nawara startując z naszej listy otrzymał dobry wynik, ale ci ludzie głosowali też na lidera PiS w regionie. To nie jest tak, że radny startując do Sejmiku postawi warunki, że tylko i wyłącznie on powinien być marszałkiem.
∑ Niedawno w rozmowie z „Gazetą Nowosądecką” przyznał Pan, że do partii wstępują ludzie o ponad przeciętnych ambicjach. Mówił Pan wówczas o budowaniu swojej pozycji po wyborze na prezesa regionu sądecko–podhalańskiego…
– Jeśli ktoś wstępuje do ugrupowania politycznego i otrzymuje miejsce na liście, to nie jest tak, że on potem zostaje marszałkiem bo jest taki świetny. Jest natomiast tak, że grupa kilkunastu radnych, ewentualnie przy wsparciu koalicjantów, popiera daną osobę. W tym przypadku mamy do czynienia z osobą, która tak naprawdę uważa, że tylko ona powinna być marszałkiem. Jest to sytuacja niedopuszczalna. Dochodziły zresztą, nie tylko do nas ale i do radnych, informacje o tym, że decyzje podejmowane są indywidualnie. Nam na przykład bardzo nie podobało się, że szereg największych inwestycji realizowanych jest głównie w Krakowie.
∑ Mamy jednak do czynienia z sytuacją, w której PiS chcąc odwołać własnego marszałka, zamierzał zrobić to przy udziale zdeklarowanego przeciwnika politycznego. Trzeba przyznać, że to dość karkołomny scenariusz.
– To pan stawia taką tezę. Były różne argumenty, pan akcentuje tylko ten jeden. Niewątpliwie jest tak, że nasze ugrupowanie nie było zadowolone z działalności Marka Nawary. Celem była też szeroka koalicja i próba zaproszenia PO do współpracy. Teraz, z tej perspektywy można powiedzieć, że ta próba okazała się błędem.
∑ Czy echo tych krakowskich wydarzeń odbije się w Nowym Sączu?
– To jest trudne pytanie. Najlepszym w moim przekonaniu rozwiązaniem byliby i Andrzej Romanek i Leszek Zegzda w zarządzie.
∑ Na co zapewne nie zgodziłby się Kraków…
– Była to jedna z propozycji. Druga dotyczyła pana Ciepieli z Tarnowa. Ważne jest, żeby akcenty były rozłożone równo na cały region.
∑ Pytam raczej o sytuację w sądeckiej Radzie Miasta. Po odejściu radnego Rączkowskiego z klubu PO i Porozumienia Sądeckiego, klub PiS wydaje się mocniejszy. Czy pojawi się próba „wzmacniania tyłów” przez zmianę opartego o PO prezydium rady?
– To dobrze jeśli Antoni Rączkowski podjął decyzję o wystąpieniu z klubu PO–PS, to też jest jakiś znak. Być może jeszcze inne osoby podejmą takie decyzje. To świadczy o tym, że w klubie Platformy Obywatelskiej nie wszystkie sprawy idą w takim kierunku jakiego oczekują liderzy. Być może takie decyzje zapadną, nie chcę przesądzać.
∑ Radny Rączkowski jest wartościowym wzmocnieniem dla klubu PiS?
– Antoni Rączkowski jest radnym. Na pewno w 23–osobowym składzie rady, każdy radny jest wzmocnieniem dla klubu.
∑ W kampanii wyborczej odmówił mu Pan miejsca na liście PiS.
– PiS miało tylko jedną listę wyborczą, na której musiało się znaleźć 50 osób. To było trudne zadanie. Mieliśmy więcej chętnych, niż miejsc na liście.
∑ Z jakich powodów Antoni Rączkowski przegrał wówczas z innymi kandydatami do miejsc na listach PiS?
– Proszę pamiętać, że przed wyborami parlamentarnymi Rączkowski wraz z innymi osobami, między innymi radnym Robertem Sobolem, rzucili legitymacjami PiS na znak protestu, że Ryszard Nowak został umieszczony na ostatnim miejscu na liście.
∑ Teraz te przeszkody zniknęły?
– Wcale nie przyjmujemy Rączkowskiego do PiS. Jeśli ktoś rok temu zrezygnował, to dziś nie może wrócić tylko dlatego, że jest radnym.
rozmawiał sławomir wrona

Autor artykułu:

Ja albo nikt!

March 8th, 2007

Strach przed konkurencją może być paraliżujący, albo wręcz odwrotnie – mobilizować do działania. W ośrodku zdrowia w Dobrej miała powstać apteka. Przynajmniej tak się niektórym wydawało, bo wójt o otwieraniu apteki w ośrodku nie myślał.
Konkurencja
W Dobrej działa do tej pory tylko jedna apteka prowadzona przez prywatną osobę w domu oddalonym od ośrodka zdrowia o… 8 metrów. Następna jest w Jurkowie, ale aby tam się dostać, trzeba pokonać około 10 kilometrów.
– Druga apteka by się przydała, bo jak nie ma tutaj leku, to musimy jechać dalej – mówi jedna z mieszkanek Dobrej.
Innego zdania jest właścicielka istniejącej apteki.
– Nie mogłam pozwolić na to, żeby w Dobrej była inna apteka. To moje jedyne źródło utrzymania – mówi właścicielka Krystyna Okońska. W momencie, kiedy do aptekarki dotarły informacje o planowanym wydzierżawieniu pomieszczenia przez ośrodek innemu zainteresowanemu otwarciem biznesu, Krystyna Okońska rozpoczęła batalię o pozostanie na rynku. Także złożyła wniosek o wynajem pomieszczenia, choć, jak mówi, wcale nie chciała się przeprowadzać do ośrodka.
Po co zamieszanie?
– Dla mnie walka o kolejną aptekę była walką o być albo nie być – mówi Krystyna Okońska. – Przecież kolejna apteka w tak bliskiej odległości od mojej byłaby bez sensu. Mijałoby się to z celem – dodaje. Z porady prawnej, jakiej zasięgnęła wynikało, że jeżeli zostaną złożone dwa wnioski – musi być ogłoszony przetarg. Później dotarła do zapisów, z których wynikało, że jeżeli ośrodek zdrowia wydzierżawi pomieszczenie, to gmina będzie musiała zwrócić środki uzyskane na modernizację. – Gmina Dobra nie jest zainteresowana otwieraniem apteki w ośrodku zdrowia. Przecież nie pozwolilibyśmy sobie na utratę pieniędzy – mówi wójt gminy Benedykt Węgrzyn.
Krystyna Okońska, nie dając za wygraną w walce o swoją pozycję na rynku, wysyłała pisma skarżące gminę m.in. do komisji europejskiej i do urzędu wojewódzkiego.
Ośrodek zdrowia
Ośrodek został wyremontowany z funduszy pochodzących ze Zintegrowanego Programu Operacyjnego Rozwoju Regionalnego. Dzięki temu udało się zmodernizować i powiększyć zaplecze diagnostyczne. Przychodnia przyjmuje też więcej pacjentów. Co za tym idzie – apteka ma więcej klientów. Ale jak zaznacza wójt, w całej sprawie chodzi o dobro pacjenta.
– O wszystkim decyduje pacjent realizujący receptę, którego pierwsze pytanie brzmi: ile lek kosztuje, a dopiero potem czy w ogóle jest – zaznacza wójt. Gmina nie może zakazać czy nakazać otwarcia kolejnej apteki. – My jedynie opiniujemy wniosek. Osoby same decydują czy podejmują ryzyko i czy im się to opłaca czy nie. Bez względu na to czy aptek będzie 5 czy 6 – tłumaczy Benedykt Węgrzyn.
Nie ma jak w Unii
– W Unii są przepisy i u nas też tak powinno być. Jasno określone odległości pomiędzy aptekami – mówi Krystyna Okońska.
Na razie w Polsce te jeszcze nie weszły w życie i takich uwarunkowań nie ma. Nadal decyduje wolny rynek.
sylwia golonka

Autor artykułu: