Pan Jan ze Starego Sącza od lutego walczy z rakiem. Chemioterapia jest jego jedyną nadzieją na zwycięstwo w batalii o życie. Gdyby nie nasza interwencja, czekałby na śmierć. W jednym z krakowskich szpitali dowiedział się, że trzeba czekać na zgodę Narodowego Funduszu Zdrowia na zastosowanie u niego chemioterapii, a na razie takiej zgody nie ma. Nie doczekałby się jej, bo nikt mu nie powiedział, że najpierw musi sam podpisać dokument, że chce poddać się kuracji!
Prywatna diagnoza
Pan Jan i jego żona Maria (nazwisko do wiadomości redakcji) odezwali się do nas po poniedziałkowej publikacji, w której informowaliśmy, że w sądeckim szpitalu uruchomiono chemioterapię. Opowiedzieli nam historię, która, jak przypuszczamy, może powielać się w dziesiątkach podobnych, dramatycznych scenariuszy.
Symptomy choroby wystąpiły u Czytelnika jesienią. Nowotwór zdiagnozowano… w lutym. W kwietniu mężczyznę poddano pierwszej chemioterapii, a mówi się, że walka z rakiem to wyścig z czasem, że liczy się każdy dzień, bo o życiu lub śmierci mogą przesądzić właśnie dni!
– Wszystko zaczęło się od dolegliwości żołądkowych. Bóle nasilały się z tygodnia na tydzień – opowiada pani Maria. – Widząc, że leki nie pomagają, lekarka pierwszego kontaktu dała mężowi skierowanie do szpitala. Nie mamy do niej pretensji, ale to, co nas spotkało później, to była po prostu tragedia.
W sądeckim szpitalu, do którego trafił pan Jan, także nie zdiagnozowano nowotworu, choć pacjent szybko tracił na wadze, a bóle stawały się nie do zniesienia.
– Zrobiono mężowi badanie serca, płuc i poinformowano, że powinien zgłosić się do specjalisty na gastroskopię. Zwróciłam uwagę, że na takie badanie czeka się kilka miesięcy, więc poradzono nam, abyśmy skorzystali z usług prywatnego gabinetu – mówi pani Maria. Nie mieli innego wyjścia. Tak zrobili. Dopiero tam dowiedzieli się z czym walczy chory. Pacjent trafił do krakowskiej kliniki onkologii przy ul. Kopernika. Trzeba było wyciąć mu żołądek, ale stwierdzono, że są już przerzuty do kości.
Trzeba wypełnić druk
Poddano go radioterapii. W kwietniu przyjął pierwszy cykl „chemii” i dowiedział się, że za miesiąc powinien zgłosić się na kolejny – z użyciem innego leku, bo pierwszy specyfik okazał się mało skuteczny.
– Przyjechałem we wskazanym terminie i dowiedziałem się, że kuracji nie będzie, bo NFZ nie wyraził zgody – mówi pan Jan.
Zaczęliśmy wraz z naszym Czytelnikiem „drążyć” sprawę. Po kilku telefonach do szpitala i do siedziby NFZ okazało się, że chory musi najpierw wypełnić druk zgody na przyjęcie chemii.
– Dlaczego nikt nam o tym nie powiedział w kwietniu, gdy mąż poddany był pierwszej kuracji? – rozpacza pani Maria.
Wczoraj nadrabialiśmy zaległości. W naszej redakcji drukowaliśmy niezbędny dokument, którego wzór jest na stronach internetowych NFZ. Na redakcyjnym biurku chory go wypełniał. Przy nas żona pana Jana rozmawiała przez telefon z Joanną Borgieł – rzecznikiem krakowskiej kliniki.
– Dlaczego nikt nam wcześniej nie powiedział, że trzeba złożyć ten druk? – dociekała.
– Do niedawna taka zgoda nie była wymagana, nie wiedzieliśmy… – tłumaczyła przedstawicielka szpitala. – Bardzo dobrze, że państwo nie czekali bezczynnie, tylko zainteresowali się sprawą.
Joanna Borgieł obiecała, że natychmiast dostarczy druk podpisany przez pana Jana lekarzowi – bo jego podpis także jest potrzebny. My będziemy śledzić czy dokument na wagę ludzkiego życia nie utknie w Narodowym Funduszu Zdrowia.
iwona kamieńska
Autor artykułu: