Powrót Wisły na fotel lidera Orange Ekstraklasy


Wisła Kraków pod wodzą nowego trenera, Macieja Skorży, kroczy w lidze od zwycięstwa do zwycięstwa. Krakowianie odzyskali werwę i styl, których tak brakowało w poprzednich rozgrywkach i są głównymi faworytami do zdobycia mistrzostwa Polski.

Krótko o stanie obecnym

“Biała Gwiazda” wraca na swoje miejsce w szyku. Kolejni rywale są przez krakowian odprawiani z kwitkiem, a niektórzy – jak Jagiellonia, czy Polonia Bytom w dodatku z pokaźnym bagażem goli. Metamorfoza Wisły przebiegła nadspodziewanie szybko i płynnie, co – nawet biorąc pod uwagę niski poziom polskiej ligi – musi budzić uznanie. Wiślacy już po 11 kolejkach ligowych są uważani za wielkiego faworyta rozgrywek, a ich zwycięstwo w szlagierze z Legią może z całą mocą pokazać, że te przewidywania ekspertów i kibiców są trafne.

Trudno jednoznacznie stwierdzić, kto jest architektem sukcesów Wisły w tych rozgrywkach. Wielu fanów “Białej Gwiazdy” wskazuje tu trenera Macieja Skorżę, który udowadnia, że ma bogatszy i zwyczajnie stojący na wyższym poziomie warsztat, niż jego wielki rywal Czesław Michniewicz (nota bene dziś zwolniony z Zagłębia Lubin). Nie tylko jednak trener, ale także zawodnicy wyraźnie przyczynili się w tym sezonie do zmiany oblicza Wisły i o nich kilka słów na początek. Kamila Kosowski, ale także Marek Zieńczuk, Paweł Brożek, czy grający na bardzo wysokim poziomie Arkadiusz Głowacki, to w tych rozgrywkach pierwszoplanowi gracze swojego zespołu.

Przypadek “Kosy”

Wielu dziwić może taka kolejność wskazania dotychczasowych bohaterów krakowskiej drużyny, jednak to właśnie Kosowski w sposób najbardziej zauważalny wpłynął na zmianę (czy raczej odnalezienie zagubionego w ostatnich dwóch latach) stylu gry Wisły. Szarże byłego reprezentacyjnego skrzydłowego budzą uznanie kibiców, a jego niekonwencjonalne zagrania sieją popłoch w defensywnych formacjach rywali. Interesujące, że piłkarz, który przez trzy ostatnie sezony był w zagranicznych klubach (przypomnijmy kolejno: Kaiserslautern, Southampton i Chievo Verona) jedynie rezerwowym, powraca do polskiej ligi i natychmiast staje się bardzo wartościowym elementem najsilniejszej drużyny, wzbudzając automatycznie ponowne zainteresowanie niezłych zespołów z kontynentu. Tyle tylko, że obecna wartość Kosowskiego polega także na tym, że niekoniecznie jest on zainteresowany kolejną wyprowadzką z Orange Ekstraklasy. Zjednało mu to błyskawicznie wielką sympatię kibiców spod Wawelu, którzy w dalszym ciągu kojarzą go z sukcesami swojej drużyny w Pucharze UEFA (już całe 5 lat temu), a deklaracje “Kosy” dotyczące tego, że nie zamierza grać w żadnym innym polskim zespole wzbudzają, co zrozumiałe, wielki entuzjazm fanów, wyraźnie poszukujących piłkarza, z którym mogliby się utożsamiać przez czas dłuższy niż dwa-trzy sezony. Kosowski wydaje się być idealnym kandydatem na symbol “Nowej Wisły”, która jednak styl i łatwość pokonywania kolejnych rywali, czerpie jeszcze ze znakomitej drużyny z czasów niezapomnianego Henryka Kasperczaka.

Niespodziewana rewelacja

Po Kamilu Kosowskim czas na Marka Zieńczuka – piłkarza, który w obecnym sezonie jest najlepszym graczem polskiej ligi. Owszem, jest to stwierdzenie karkołomne, ale jak dotychczas w pełni uprawnione, bo skrzydłowy Wisły osiągnął życiową formę w momencie, kiedy po dwóch ostatnich sezonach był najbardziej krytykowanym zawodnikiem zespołu. 8 goli strzelonych w 11 kolejkach – w tym także wspaniałe trafienie w meczu derbowym z Cracovią – to rewelacyjny wynik pomocnika “Białej Gwiazdy”, który tym samym już teraz wyrównał swoje strzeleckie rekordy z lat 2002-2006. Wielką rolę w metamorfozie Zieńczuka odegrał bez wątpienia trener Maciej Skorża. To on jest autorem taktycznego pomysłu wymiany pozycji skrzydłowych (Kosowskiego i Zieńczuka), który funkcjonuje znakomicie i czyni strategię Wisły trudniejszą do rozszyfrowania dla rywali. Jeśli o samym Zieńczuku mowa, to z czystym sumieniem przyznaję, że nie spodziewałem się, iż ten zawodnik wzbije się jeszcze na tak wysoki poziom. Okazuje się jednak, że zrozumiał on wreszcie, że czas wziąć odpowiedzialność za wyniki zespołu na swoje barki. Tak bardzo brakowało tego w poprzednich rozgrywkach, czy w pamiętnym meczu eliminacji Champions League z Panathinaikosem (porażka 1:4).

Strzelec (prawie) wyborowy

Kolejnym graczem, którego dobrą grę należy odnotować jest Paweł Brożek. Długo uważany za krakowską kopię Piotra Włodarczyka napastnik, w tym sezonie ma niezły bilans – 8 bramek w 11 spotkaniach – i jak na razie istotnie pokazuje, że dochodzi do sytuacji strzeleckich z taką łatwością jak Włodarczyk, jednak już coraz rzadziej je marnuje. Naturalnie, 24-latkowi zdarzają się mecze, w których frustruje swoją nieskutecznością, jednakże udowadnia powoli, że nawet jeśli nie jest w najwyższej formie potrafi strzelać gole i wypracowywać sytuacje kolegom. Jak na dłoni widać, że Brożek jest piłkarzem znakomitym technicznie (i piszę to bez żadnej przesady), ale także graczem, który trochę zbyt rzadko udziela się w rozgrywaniu piłki. Może ten brak boiskowej pracowitości przeszkadza Pawłowi w transferze na Zachód i zrobieniu takiej kariery w reprezentacji, jaka stała się udziałem np. Jakuba Błaszczykowskiego? Brożek bez wątpienia nie jest mniej utalentowany niż Kuba, jednak do tej pory wciąż brakuje mu nieco większej regularności w zdobywaniu goli. Polska Ekstraklasa stoi bowiem na na tyle niskim poziomie, że napastnik ten spokojnie mógłby zdobywać przynajmniej jednego gola w każdym meczu.

Kapitan schodzi ostatni

Ostatnim piłkarzem, którego dobra forma zauważalnie wpływa na grę Wisły w tym sezonie i jednocześnie jest dużo lepsza niż w ostatnich latach jest Arkadiusz Głowacki. Popularny “Głowa” to jeden z najbardziej kontuzjogennych piłkarzy, jakich widziała piłkarska Polska. Nie wolno jednak zapomnieć, że gdy jest zdrowy, to obok Inakiego Astiza i Dicksona Choto z Legii, jest najlepszym obrońcą polskiej ligi. Szczególnie w tym sezonie odgrywa bardzo ważną rolę w Wiśle, jako że jest jej kapitanem. Pierwszy raz sprawia wrażenie, że kapitańska opaska mu nie ciąży, a raczej mobilizuje do jeszcze lepszej gry. Tym większe znaczenie może mieć brak tego zawodnika w “meczu rundy” z Legią (wskutek nadmiaru żółtych kartek).

Człowiek, któremu wszystko się udaje

Na deser o trenerze Macieju Skorży, człowieku, któremu – jak na razie – pod Wawelem udaje się absolutnie wszystko, niezależnie od okoliczności. Przygotował zespół dobrze pod względem kondycyjnym, zdążył już nawet zdobyć pierwsze trofeum, o którym jednak mało kto pamięta (mowa o Chicago Trophy). Niezależnie od tego, jaki skład deleguje do gry Skorża, piłkarze zawsze dają z siebie maksimum możliwości, bo wiedzą, że gra w takiej Wiśle – prezentującej ofensywny i skuteczny futbol – to nobilitacja i znakomite okno wystawowe na Zachód. Skorża jeszcze nie przegrał w lidze i – co ważniejsze – nie bardzo widać drużynę, która byłaby w stanie zatrzymać rozpędzony pociąg z napisem “Wisła Kraków”. Niekonwencjonalne metody treningowe szkoleniowca, jego otwarcie i zrozumienie dla zawodników, jest bez wątpliwości kolejnym czynnikiem pozwalającym “Białej Gwieździe” pokonywać kolejnych rywali. Okazuje się zatem raz jeszcze, że do lamusa odchodzi “stara” myśl szkoleniowa panów Lenczyka, czy Smudy. Trener krakowian jest przy tym wszystkim skromny, z szacunkiem odnosi się do rywali i rozsądnie mierzy siły swojego zespołu, co powoduje, że w trenerskim środowisku praktycznie nie ma wrogów, a raczej powoli ujawniają się jego naśladowcy (patrz: były już trener Znicza Pruszków, Leszek Ojrzyński).

Dlaczego Wisła może przegrać?

Kończąc, spójrzmy jeszcze na realne zagrożenia, jakie mogą przytrafić się w tych rozgrywkach wiślakom. Po pierwsze samozadowolenie, które może doprowadzić do zlekceważenia któregoś z przeciwników i w konsekwencji nieodpowiedzialnej straty punktów. Po drugie – każdej drużynie (wcześniej lub później) w trakcie sezonu przytrafia się dołek formy. Czasem trwa trzy mecze, a czasem i trzynaście. Taka długa niemoc wydaje się jednak niemożliwa w przypadku Wisły, ze względu na poziom rozgrywek OE. Trzecie i najpoważniejsze zagrożenie dostrzegam w kontuzjach. Wszystkie polskie zespoły bez wyjątku mają wąską i dość nierówną kadrę, co powoduje, że brak czołowych zawodników jest bardzo boleśnie odczuwalny. Wisła, pomimo niezłego ogólnego poziomu prezentowanego przez zawodników, również już na początku sezonu doświadczyła problemu z zastąpieniem czołowego gracza – Andrzeja Niedzielana. Gdyby w jednym momencie kontuzji doznali jeszcze np. Kosowski i Brożek, to w Krakowie mogła by zapanować nie lada panika.

Wraca stare

Obiektywnie jednak rzecz ujmując, ewentualne zwycięstwo Wisły nad Legią będzie praktycznie równoznaczne z mistrzostwem piłkarskiej “jesieni” i pozycją lidera na półmetku. Pytanie, czy Wisła zostanie jeszcze wzmocniona, czy też sztab uzna obecną kadrę za wystarczającą do osiągnięcia końcowego sukcesu w Orange Ekstraklasie? Trudno powiedzieć. Pewne jest jednak to, że mamy ostatnio do czynienia z niezwykle pozytywnym trendem w polskiej piłce. Otóż najbardziej renomowane zespoły – jak opisywana Wisła, a także Legia Warszawa – powracają na swoje miejsce w szeregu. Powracają ogólnie w niezłym stylu, a to pozwala kibicom mieć nadzieję, że przyszły sezon w europejskich pucharach nie zakończy się dla polskich drużyn już w październiku. Największe firmy wjechały znowu na dobre tory i oby tak dalej!

Autor artykułu: Bartosz Barnaś

Comments are closed.